Mitologia fascynuje mnie od dzieciństwa. Od wielu lat czytam też jej różne interpretacje i podziwiam kulturotwórczy charakter.
Galatea to jedna z fascynujących mnie postaci.
Jej losy w nietypowy, metaforyczny, ale i ponadczasowy sposób wykorzystała amerykańska pisarka, znana z sięgania po motywy mitologiczne.
Jej opowiadanie liczy niespełna 70 stron, ale ileż w nim emocji i treści, mimo iż narracja wydaje się bardzo spokojna.
Tutaj główna bohaterka również jest kobietą wyrzeźbioną przez artystę i ożywioną dzięki bogini. Ma też córkę, z którą łączy ją silna więź.
Poznajemy Galateę, gdy leży w szpitalu. Leży w sensie dosłownym, gdyż – na prośbę męża – lekarze i pielęgniarki nie pozwalają jej wstawać z łóżka. We wszystkim kierują się nie prośbami czy uwagami kobiety, lecz poleceniami jej małżonka.
Dzięki temu, że bohaterka jest również narratorką, możemy dokładnie poznać jej odczucia, przemyślenia oraz życie przed trafieniem do szpitala.
Jak ono wyglądało?
Podobnie jak w micie. Galatea była piękna i taka przede wszystkim miała być – jak dzieło sztuki. Najlepiej, by się nie odzywała i spełniała pokornie wszystkie zachcianki męża.
Resztę można sobie dopowiedzieć…
Nie zdradzę, jak potoczyły się losy tej postaci w wersji Madelaine Miller, by nie spojlerować.
Warto spojrzeć na to opowiadanie jako na wciąż aktualną historię o przemocy, zaborczości, obsesji i piekle kobiet.
BEATA IGIELSKA

