Było to moje pierwsze spotkanie z prozą amerykańskiej pisarki o chińskich korzeniach. Pierwsze i bardzo udane, bo – urzeczona tą prozą – już zaczęłam szukać innych książek autorki.
Bohaterką i narratorką „Przyjaciela” jest bezimienna kobieta. O tym, kim jest, dowiadujemy się stopniowo, gdy opowiada ona o swoim życiu, często wspominając przeszłość.
Przyczynkiem do retrospekcji jest zmarły niedawno przyjaciel, który wiele dla niej znaczył. Był mentorem, wspaniałym partnerem do dyskusji… Czy także kimś więcej – na odpowiedź musimy zaczekać.
Gdy okazuje się, że po śmierci przyjaciela został po nim pies, którym nikt nie chce się zaopiekować, bohaterka przygarnia go, mimo iż mieszka w domu, w którym nie wolno trzymać zwierząt.
Rodzi to wiele nieporozumień, ale także zabawnych i rozbrajających sytuacji.
Tak zaczyna się kolejna przyjaźń – tym razem z czworonogiem…
Powieść Singrid Nunez to nie tylko wzruszająca, ciepła, pełna czułości opowieść o tej relacji.
To także demaskatorska proza, która ukazuje w krzywym zwierciadle życie nowojorskiego środowiska literackiego, akademickiego, artystycznego.
Jest to równocześnie do snucia refleksji nad różnymi książkami, pisarzami, poglądami filozofów – ten erudycyjny charakter monologów bohaterki to wielka, inspirująca zaleta.
Pisarka nie zostawia suchej nitki na konsumpcyjnym stylu życia Amerykanów, który – jak się okazuje – jest cechą niemającą geograficznych granic.
Czytało mi się książkę z wielką przyjemnością, refleksjami i podziwem dla pomysłowości oraz stylu pani Nunez.
To opowieść o tym, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze i o zbawiennym działaniu na ludzi psich przyjaciół.
Zakończenie jest bardzo wzruszające (ale nie ma w sobie nic z tandetnego banału czy sentymentalizmu).
Przeczytałam „Przyjaciela” kilka dni temu, ale ta historia wciąż we mnie tkwi…
Dowiedziałam się, że powieść została zekranizowana i jestem tego filmu bardzo ciekawa…
POLECAM SZCZERZE!

