103 lata temu urodził się JOSE SARAMAGO, portugalski noblista, jeden z moich ulubionych pisarzy.
Swoją przygodę z jego twórczością zaczęłam dawno temu od lektury „Baltazara i Blimundy”. A może od „Miasta ślepców”?
To chyba jego najbardziej znana powieść, spopularyzowana także dzięki filmowej adaptacji.
I właśnie do przeczytania tej powieści chcę Was zachęcić, bo to jedna z najciekawszych i najbardziej poruszających książek, jakie miałam okazję poznać.
Pewnego dnia ludzie zaczynają tracić wzrok z niewiadomych przyczyn. Ponieważ jest to zaraźliwe, zostają odizolowani, by nie stanowić zagrożenia dla reszty społeczeństwa.
Obraz zmagań niektórych niewidomych więźniów z „zarazą” przypomina świat przedstawiony w „Dżumie” A. Camusa. Tyle że jest bardziej okrutny i przerażający.
Postacie z „Miasta ślepców” nie mają nawet imion i są skłonne do wielu nieludzkich czynów – ich poczynania pokazują, jak wielkich potworności może dopuścić się człowiek w ekstremalnych warunkach i jak deprawująca potrafi być nawet namiastka władzy.
W tym świecie zła tli się jednak iskierka nadziei, którą w heroiczny sposób podtrzymują w sobie niektórzy bohaterowie. Dlatego zakończenie skłania do przeświadczenia, iż cierpienie może nie tylko niszczyć i upodlać, ale i uszlachetniać.
Utwór Saramago można odczytać jako metaforę państwa totalitarnego i jego najokrutniejszych wytworów, jakimi były obozy koncentracyjne i łagry.
Rzeczywistość „Miasta ślepców” niekiedy przypomina „Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i kryje w sobie podobne przesłanie.
Książkę czyta się jednym tchem. Trudno się od niej oderwać, chociaż nie jest to lekka i przyjemna lektura. Trudno też o niej zapomnieć ze względu na drastyczne opisy i przejmującą treść.
Na pewno nie jest to lektura do podusi, ale warto zmierzyć się z nią.
BEATA IGIELSKA

