Na kanwie popularnego – i bardzo dobrego – serialu Netflixa „Ołowiane dzieci”, postanowiłam przypomnieć powieść „Dokórka od familoków” Magdaleny Majcher, bo warto przeczytać tę książkę.
Przyznam, że to właśnie dzięki niej dowiedziałam się o istnieniu Jolanty Wadowskiej-Król i o problemie, który odkryła.
Autorka opisuje losy lekarki, która w latach 70. minionego wieku walczyła na Śląsku o zdrowie dzieci chorych na ołowicę.
Ich ojcowie pracowali w pobliskiej hucie, która z jednej strony była jedyną żywicielką ubogich, wielodzietnych rodzin, z drugiej zaś stała się trucicielką powodującą wiele chorób, także układu nerwowego.
Temat dla ówczesnych władz był wyjątkowo niewygodny. Lekarkę spotykały różne represje, jednak nie uwięziono jej, gdyż cieszyła się wielkim szacunkiem i sympatią mieszkańców familoków.
Równolegle z pracą i życiem osobistym Jolanty Wadowskiej-Król poznajemy perypetie Heleny, żony hutnika i matki gromadki dzieci. Mimo iż jest to postać fikcyjna, stworzona została na podstawie wspomnień autentycznych byłych mieszkańców, do których autorce udało się dotrzeć.
Przejmująca jest codzienność tej kobiety…
Powieść czyta się szybko i z emocjami. Autorce należą się gratulacje za przywrócenie pamięci o niezwykłej, skromej, bezkompromisowej lekarce z prawdziwym powołaniem.
Polecam z czystym sumieniem, mimo iż pisarka popełniła kilka anachronizmów (np. reklamówki, w które coś pakowano, w tym przypadku słodycze dla dzieci, w latach 70. nie istniały w Polsce).
BEATA IGIELSKA

