Ta wojna nigdy się nie zakończyła

Książka ukazała się 18 lutego nakładem Wydawnictwo Literackie

Reportaż Wojciech Tochman „Jakbyś kamień jadła” przeczytałam pierwszy raz ponad 20 lat temu. Zapisał się trwale w mej pamięci. Sądziłam, że po dwóch dekadach powtórna lektura będzie łatwiejsza, bo przecież już znałam treść, wiedziałam, czego się spodziewać…

A jednak przeżyłam bardzo to kolejne spotkanie. Zaledwie 160 stron tekstu, a ileż w nim treści, emocji i przerw robionych podczas czytania. Bo nie sposób połknąć tę książę jednym tchem. Jeżeli komuś to się udało, to nie wiem, czy mu zazdrościć, czy współczuć…

„Jakbyś kamień jadła” to opowieść o powojennej byłej Jugosławii, w której w latach 1992-1995 dochodziło do ludobójstwa i działo się to przy milczącym przyzwoleniu Europy i świata.

Pamiętam medialne doniesienia z tego kraju ogarniętego chaosem i niewyobrażalną przemocą. Bardzo przeżywałam tę wojnę z różnych powodów.

Wojciech Tochmann był jako reporter m.in. w oblężonym Sarajewie. Potem wrócił do Bośni w 2000 roku, by – jak pisze – „przyjrzeć się, jak ludzie tam sobie radzą między innymi ludźmi. I między grobami.”

I te obserwacje to zasadnicza treść książki, tym razem jednak mamy też ostatni rozdział poświęcony ubiegłorocznemu pobytowi reportera w Bośni i Hercegowinie, w 30 lat po oficjalnym zakończeniu wojny.

Co się zmieniło przez ten czas? Pewne problemy wciąż pozostają nierozwiązane, a ludzie, którzy jeszcze żyją i pamiętają wojnę, nadal cierpią.

To właśnie ludzkiemu cierpieniu Tochmann poświęcił „Jakbyś kamień jadła”. Bo wojna skończyła się tylko na papierze. Nienawiść, złość, rozpacz, bezradność, ból fizyczny i psychiczny wciąż jednak były żywe nawet kilka lat po zawarciu układu pokojowego.

Tak naprawdę nikt nie wygrał tej wojny, gdyż ofiary są po obu stronach. Samo przeżycie wojny nie oznacza bowiem powrotu do życia. To raczej wegetacja i ciągłe cierpienie, na które składają się i osobiste doświadczenia, i utrata bliskich, którzy nawet nie mają grobów. Niepewność i niemożność pochowania ich ciał, pożegnania się chociażby ze szczątkami, odbycia żałoby… – to wszystko sprawia, że dla wielu ludzi ta wojna nigdy się nie zakończyła.

Tochman spotka się i z ofiarami, i z katami, którzy po wojnie żyją w strachu przed zdemaskowaniem i karą. Część z nich ma wyrzuty sumienia, część powtarza wyświechtaną formułkę o wykonywaniu rozkazów… – tak dobrze znaną z historii.

Na mnie kolejny raz największe wrażenie zrobiły spotkania i rozmowy z kobietami. To matki, córki, żony, siostry… Najczęściej same padły ofiarami przemocy, zwłaszcza gwałtów, ale nie mogą odzyskać spokoju przede wszystkim dlatego, że nie wiedzą, co stało się z ich bliskimi. Część z nich po latach odnalazła i pochowała szczątki „swoich” mężczyzn, część nadal szuka. A czasem boją się te kobiety kolejnej podróży w celu identyfikacji czy zdobycia informacji.

Wielką bohaterką tego reportażu jest też doktor Eva Klonowski, antropolożka, która od lat zajmuje się identyfikacją zabitych na podstawie ich odnalezionych kości. Bywa, że szczątki były wykopywane i zakopywane w innych zbiorowych grobach by ukryć dowody zbrodni, co jeszcze bardziej utrudniało pracę tej niezwykłej kobiety.

Opowiada ona o swojej pracy ze spokojem, opanowaniem, ale i z wielkim poszanowaniem dla życia i śmierci, ofiar i ich bliskich.

To opanowanie, ważenie słów i ich ekonomia, przewaga ciszy nad krzykiem rozpaczy i bólu wyzierają z całej książki. I robią ogromne wrażenie. Większe niż rozdzieranie szat i barokowe opisy.

Tutaj często jedno słowo czy zdanie robi więcej niż u innych strony informacji i przekazów.

Porażający jest reportaż Wojciecha Tochamana. Trudno po tej lekturze dojść do siebie, ale warto przeczytać – ku przestrodze i z szacunku dla pracy autora, a przede wszystkim ofiar wojny, które dzięki tej książce przestały być bezimienne.

Gdyby to zależało ode mnie, wpisałabym tę książkę na listę szkolnych lektur – obowiązkowych.

BEATA IGIELSKA