„Złoty spadochron” to debiutancka powieść Katarzyny Gołdy, byłej oficer polskiego kontrwywiadu. Nie jest to jednak pierwsza proza stworzona przez autorkę, gdyż ma ona koncie opowiadania publikowane w różnych czasopismach i antologiach, a także nagradzane w ogólnopolskich konkursach.
I nie da się ukryć, że ten wypracowany warsztat literacki widać w „Złotym spadochronie”.
To thriller, w którym odnajdziemy też elementy kryminału, powieści obyczajowej oraz psychologicznej.
Akcja rozgrywa się na różnych płaszczyznach czasowych, które są ze sobą ściśle powiązane. Żeby jednak poznać w pełni te związki, trzeba uzbroić się w cierpliwość. Nie jest to trudne, bo – dzięki pełnej zwrotów akcji – całość pochłania się jednym tchem.
Akcja wciąga już od pierwszych stron.
Jest czerwiec 2019 roku. Ewa, matka dwójki dzieci, po zmroku szuka w dyskontowym kontenerze wyrzuconej żywności. Jeszcze niedawno nie musiała tego robić. Miała dobrze płatną pracę i męża. Teraz jednak może liczyć tylko na siebie…
Planując, co zrobi ze znalezionymi w kontenerze butami, Ewa odkrywa coś jeszcze. A raczej kogoś, bo to zwłoki mężczyzny. Ze znalezionego dokumentu wynika, iż jest to pracownik Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, niejaki Krzysztof Zalewski. Kobieta znała go jednak pod zupełnie innym nazwiskiem…
Równolegle z dalszymi, pełnymi kolejnych niespodzianek, losami Ewy, śledzimy perypetie porucznik Bogny Bohr i innych osób pracujących w ABW. To jednak Bogna wysuwa się tu na plan pierwszy, gdyż skrywa pewną tajemnicę i od początku daje się poznać jako niepokorna podwładna naczelnika Cyryla Drobiny.
Obserwujemy relacje między koleżankami i kolegami z pracy, chociaż łatwiej ich chyba nazywać partnerami, bo bywają sytuacje, w których muszą na sobie polegać. Kwestia zaufania jest w tej „branży” niezwykle ważna. Jego brak, podejrzliwość i ostrożność widać tu na każdym kroku, zarówno między równoprawnymi pracownikami, jak i na poszczególnych stopniach zawodowej hierarchii.
Jaką tajemnicę poznała Bogna? I co wspólnego z tym ma mężczyzna, który przed laty schował coś w altance działkowej? A także znaleziony w kontenerze trup?
Te i inne pytania mnożą się wciąż, nawet wówczas, gdy stosunkowo szybko dowiadujemy się, iż za jedną z tajemnic jest wielka afera z czasów PRL-u, czyli operacja „Żelazo”.
Przeszłość wciąż przeplata się w tej powieści z teraźniejszością, co wzmaga niepokój i podnosi napięcie. Dzięki temu odwraca się kartki z szybkością karabinu maszynowego! A potem… Potem przychodzi czas na zaskakujące zakończenie, co jest jednym z walorów książki.
Do zalet na pewno należą też kreacje postaci – wyraziste, dynamiczne, przekonujące, nieraz intrygujące swoją tajemniczością i niejednoznacznością.
To, że poznajemy nie tylko zawodowe, ale i prywatne życie bohaterek i bohaterów, ubarwia fabułę. Osobiście bardzo lubię i cenię thrillery oraz kryminały z wątkami obyczajowymi, a tutaj jest ich pod dostatkiem.
Mocną stroną „Złotego spadochronu” jest też psychologizm postaci.
Ta powieść to bardzo dojrzały debiut – i tematycznie, i warsztatowo. Autorka umie nie tylko zaciekawić brawurową akcją, podnosząc czytelniczą adrenalinę, ale i skłonić do refleksji.
Mimo poważnej tematyki jest tu też miejsce na odrobinę inteligentnego poczucia humoru, na przykład we fragmentach poświęconych naczelnikowi Drobinie, jego marzeniach zawodowych i relacjach z siostrą.
POLECAM z czystym sumieniem! I czekam na kolejną powieść autorki, bo to nowy, interesujący głos w polskiej literaturze.
BEATA IGIELSKS

