Prozę Davida Mitchella poznałam lata temu i od razu pokochałam. Nie wiem, jak to się stało, że umknęła mi jego powieść „Konstelacje” – trafiłam na nią niedawno i z wielką przyjemnością raczyłam się nią przez ostatnie wieczory. Niemal 550 stron urzekało mnie niezmiennie od początku do końca.
Akcja rozgrywa się na początku lat 80. minionego wieku w małym brytyjskim miasteczku. Głównym bohaterem i narratorem jest Jason – od niedawna nastolatek, bardzo dumny z tego faktu. Szybko przekonuje się jednak, że okres dorastania i dojrzewania to ciągła walka ze szkolnymi uprzedzeniami, agresywnymi kumplami, licznymi wyzwaniami rówieśniczymi i tajemnicami dorosłych.
Chłopak stara się dołączyć do szkolnej paczki, ale nie jest to łatwe, tym bardziej, że Jason jest wrażliwy i w tajemnicy pisze wiersze. Drukuje je nawet, ale pod pseudonimem, bo gdyby ta informacja się wydała, stałby się pośmiewiskiem.
Nastolatek na swój sposób tłumaczy sobie otaczający świat, co często rodzi zabawne humorystyczne sytuacje. Jego relacje z kolegami i koleżankami, rodzicami, starszą siostrą, sąsiadami, nauczycielami to pasmo przygód, które nieraz okazują się bardzo niebezpieczne.
Przy okazji Jason wspomina często o lokalnej i krajowej sytuacji politycznej, czyli miejscowych zatargach z Cyganami oraz wojnie o Falklandy. Jego rozważania i spostrzeżenia na ten temat nieraz wywołują salwy śmiechu, ale ukazują też w poważny sposób powagę konfliktów.
Całość napisana jest lekko, ale barwnie i błyskotliwie, dzięki czemu czyta się szybko i z przyjemnością. Lekturze na pewno sprzyja też nieprzewidywalna akcja.
W powieści królują nie tylko humor i przygoda, ale także nostalgia – to opowieść o świecie dzieciństwa, do którego po latach można wrócić już tylko we wspomnieniach.
Jeśli polubiliście „Magiczne lata” Roberta McCammona oraz kultowy serial „Cudowne lata”, to i ta opowieść powinna przypaść Wam do gustu.
POLECAM z czystym sumieniem.
BEATA IGIELSKA

