„Club Kaprys” to powieściowy debiut Georg Kynast – dojrzały, bardzo dobrze skonstruowany i wciągający od pierwszych stron. Akcja – oparta na faktach – obfituje w mnóstwo niespodzianek i trzyma w napięciu do końca, a przy okazji skłania do refleksji.
Tytułowy Kaprys istniał naprawdę w Krakowie w czasach PRL-u. Był to kultowy lokal wieczorowy, w którym odbywały się dancingi, dyskoteki oraz różne pokazy rozrywkowe, w tym wyczekiwane i budzące wiele emocji striptizy.
Już po otwarciu klub zaczął obrastać legendą, gdyż było to miejsce, w którym spotykali się ludzie z różnych pokoleń i różnych środowisk, a bywanie tam było symbolem materialnego statusu i nadążania za modą.
I w tym właśnie miejscu rozgrywa się większość akcji, która zaczyna się w 1977 roku. Tam też trafia Arek Obrocki, didżej, który dorabia sobie, prowadząc dyskoteki. Na co dzień pracuje jako księgowy w Hucie Lenina, ale nie lubi tego zajęcia i traktuje je jako przykrą konieczność.
Młody mężczyzna jest szczęśliwym żonkosiem i marzy o lepszym życiu. Gdy okazuje się, że może zarabiać naprawdę duże pieniądze, w dodatku w dolarach, czuje się, jakby wygrał los na loterii. Wraz z kolegą zaczyna pracować wieczorami i nocami w Kaprysie, odkrywając powoli, na jakich zasadach działa lokal.
Nowe znajomości i możliwości wymagają wyrzeczeń i całkowitej zmiany trybu życia.
Czy Arkowi uda się zachować uczciwość i nie ulec licznym pokusom? I czy wreszcie zrealizuje swoje marzenia?
Tego, oczywiście, nie zdradzę. By poznać odpowiedzi na pytania, trzeba przeczytać powieść.
A nie zajmuje to wiele czasu, bo przez niemal 350 stron po prostu płynie się wraz z bohaterami, niezmienne z zainteresowaniem śledząc ich perypetie. Obfitują one w wiele dramatycznych, ale nieraz i zabawnych wydarzeń.
Powieść George Kynasta nie jest jednak tylko historią o młodych, ambitnych didżejach i ich bliskich. To także, a może nawet przede wszystkim, barwna opowieść o czasach peerelu.
Mimo iż w „Clubie Kaprys” jest kolorowo i żywiołowo, proza ta nie jest przykładem tęsknoty za tak zwanymi dawnymi czasami. Wręcz przeciwnie – autor pokazuje, jak bardzo siermiężna i szara była rzeczywistość lat 70. i 80. minionego wieku. Miejsca takie jak tytułowy lokal służyły nie tylko robieniu szemranych interesów, ale były też próbą ucieczki przed monotonią i bylejakością.
Tańcząc w świetle migających dyskotekowych kul i przy zagranicznych przebojach, pijąc kolorowe drinki, szpanując ciuchami z Pewexu i bazarów, wielu ludzi miało wrażenie chociaż chwilowej wolności, bycia kimś ważnym, wyjątkowym wolnym… – a więc niewpisującym się w reżimowy model.
Ten medal, oczywiście, ma też drugą stronę, bo w miejscach takich jak Kaprys, kwitły nielegalne interesy, prostytucja; pojawiały się szantaże, kradzieże, bójki, wymuszenia… Tu też nieraz bezpieka werbowała współpracowników, a ludzie z półświatka bawili się albo mijali z politycznymi szychami.
Autor bardzo wiarygodnie ukazał klimat opisywanych miejsc i czasów. I nic dziwnego – zna je doskonale z własnego doświadczenia, także zawodowego.
Klimatu i smaczków całości dodaje bardzo dobrze ukazane tło społeczne. Mimo iż fabuła skupia się na życiu fikcyjnych bohaterów, odnajdziemy tu także autentyczne postacie, na przykład słynnego Tulipana, czyli Kalibabkę (znanego m.in. dzięki znanemu serialowi sprzed lat).
Ciekawym zabiegiem jest wykorzystanie motywów muzycznych. Piosenki, dźwięki i przeboje wyzierają z wielu stron powieści, a każdy rozdział zaczyna się tytułami muzycznych hitów. Abba, Baccara, Bonnie Tyler, George Michael, Michael Jackson, Barbara Streisand, Culture Club, Madonna, David Bowie, Modern Talking… – to tylko niektóre gwiazdy list przebojów i dyskotek (co ciekawe, grane i słuchane chętnie do dziś).
Dla czytelniczek i czytelników znających opisywane czasy z własnego doświadczenia lektura „Clubu Kaprys” będzie sentymentalną podróżą w przeszłość. Przyznam, że właśnie te muzyczne akcenty sprawiły, iż nieraz łezka zakręciła mi się w oku.
Cóż jeszcze…
Warto na pewno wspomnieć o bardzo dobrym warsztacie – powieść napisana jest ciekawie, barwnie, dynamicznie i przekonująco.
POLECAM SZCZERZE – nie tylko ze względu na patronat.
BEATA IGIELSKA

