109 lat temu urodził się JAMES HERRIOT, angielski weterynarz i autor książek, z których najbardziej znany jest dwukrotnie zekranizowany cykl „Wszystkie stworzenia duże i małe”.
To jeden z moich ulubionych prozaików. Nie tylko wspaniale pisze o zwierzętach, ale także poprawia swoją twórczością humor.
Jeśli nie czytaliście jego książek, to zachęcam.
Poniżej co nieco ode mnie na temat „Jeśli tylko potrafiłyby mówić”.
Każdy rozdział wspomnień to osobna historyjka, obfitująca w zabawne postacie i sytuacje.
Mamy tu zatem zacofanych i zabobonnych farmerów z angielskiej wsi końca lat 30. minionego wieku, pełnego wigoru, ale również apodyktycznego i zmiennego pryncypała oraz jego pechowego młodszego brata.
Do tego dochodzą narowiste konie, kopiące bez litości byki i krowy, podstępne świnie, wśród których najbardziej daje się we znaki agresywna maciora bardziej przypominająca demona niż zwierzę. Są również całkiem przyjazne psy szefa i mały, spasiony pekińczyk, którego właścicielka traktuje jak człowieka, pisząc w jego imieniu listy i organizując na jego cześć wystawne przyjęcia.
W taki oto zwariowany świat trafia po studiach autor – młody weterynarz, który odkrywa w bolesnych okolicznościach, że teoria i praktyka rzadko chadzają w parze.
Mieszkańcy są nieufni wobec nowicjusza i musi minąć sporo czasu, zanim James zdobędzie ich szacunek i zaufanie oraz zrozumie, że jego praca nigdy nie przyniesie mu kokosów, ale jednocześnie nigdy nie pozwoli mu się nudzić.
W książce ujmuje poczucie humoru autora, który w umiejętny, dowcipny sposób opisuje swoich znajomych i zawodowe przygody. Ten lekki charakter wspomnień udaje się Herriotowi połączyć z głęboko humanitarnym przesłaniem, w myśl którego każde stworzenie – duże i małe – zasługuje na szacunek, dobro i czułą opiekę.
Polecam nie tylko miłośnikom zwierząt – to lekka, ale niebanalna lektura.
BEATA IGIELSKA
źródło zdj. – wikipedia

