Najpierw książka, potem film

Niedawno obejrzałam miniserial będący ekranizacją powieści Agathy Christie „Tajemnica siedmiu zegarów”.

Książkę, oczywiście, przeczytałam znacznie wcześniej, więc byłam ciekawa filmowej wersji. Obejrzałam ją z przyjemnością, ale przyznam, że momentami czułam się nieco znużona przedłużająca się akcją. Udało się twórcom filmu oddać klimat lat dwudziestych minionego wieku, panujący w arystokratycznym angielskim środowisku – i to na pewno duża zaleta. Miałam jednak mieszane uczucia co do aktorskiej gry, bo odniosłam wrażenie, że jest nieco przerysowana. O ile w dawnych ekranizacjach przesadne, wymowne miny aktorów nie rażą, we współczesnej wersji mogą irytować, nawet jeśli to celowy zabieg. Ale trzeba przyznać, że obsada jest przednia!

W treści odnajdziemy też pewne zmiany, które osoby znające powieść na pewno wyłapią, ale takie już jest prawo dziesiątej muzy.

Czy polecam? Tak, ale najpierw warto poznać książkę.

A co jest treścią powieści? Rzecz jasna, spiętrzona intryga – jak na Królową Kryminału przystało.

W posiadłości Chimneys trwa zakrapiany bal. Młodzi uczestnicy postanawiają uraczyć swego kolegę dowcipem. Ponieważ lubi on długo wylegiwać się w łóżku, umieszczają w jego sypialni osiem budzików. Gdy jednak następnego dnia zegary dzwonią, okazuje się, że młody mężczyzna nie żyje, a budziki ktoś ustawił na kominku. I jest ich tylko siedem…

Początkowo wydaje się, że śmierć była wynikiem nadużycia środków nasennych, jednak lady Brent, nie wierzy w to i zaczyna prowadzić własne śledztwo. Sprawę bada także nadinspektor Battle, a odkrywanie tajemnicy okazuje się skomplikowane i prowadzi do przeszłości oraz działalności pewnego bractwa.

Całość czyta się szybko i z emocjami, gdyż wciąż pojawiają się nowe tropy i wątki, które nieraz jeszcze bardziej gmatwają akcję.

Dla miłośników klasycznych kryminałów to prawdziwa gratka!

BEATA IGIELSKA