„Carol” Patricia Highsmith to powieść, która powstała ponad pół wieku temu. Wówczas uznano ją za skandaliczną, a wydawnictwo, które zapewniło autorce debiut, odmówiło opublikowania jej kolejnej książki. Między innymi to sprawiło, że pisarka wydała powieść pod pseudonimem i dopiero w latach 80. minionego wieku zdecydowała się zdradzić, że jest jej autorką.
Ten smakowity kąsek promocyjny umieszczony został w odautorskim posłowiu. Nie zalecam jednak czytania go przed lekturą całości, gdyż zawiera on spojlery i może odebrać wiele czytelniczej przyjemności.
Akcja powieści początkowo zdaje się płynąć powoli, jednak jej klimat szybko udziela się czytelnikowi.
Główna bohaterka, Therese, od początku wydaje się postacią intrygującą i budzącą sympatię odbiorcy. Na pozór to zwyczajna dziewczyna, która w okresie przedświątecznym podejmuje pracę w domu towarowym, by podreperować swój skromny budżet. W rzeczywistości to wrażliwa osoba, w której aż kotłuje się od wewnętrznych przeżyć i marzeń. Gdy przypadkowo poznaje elegancką Carol, jej życie stopniowo zaczyna się zmieniać.
Obie bohaterki od początku łączy dziwna więź, najpierw pełna niedopowiedzeń, psychologicznych gier i niepewności, potem – coraz bardziej dojrzała, ale wcale nie łatwa, głównie ze względu na reakcje otoczenia.
Ta część powieści trzyma w napięciu niczym najlepszy kryminał, mimo iż nim nie jest. Akcja wcale nie przyspiesza w spektakularny sposób, jednak czytelnik jest tak skupiony na losach i przeżyciach bohaterek, że trudno mu się oderwać od lektury.
Wielkim plusem jest też zakończenie, na które wyczekuje się niecierpliwie.
Na czym polega siła i magia powieści „Carol”? Na pewno na wspaniale odmalowanych portretach dwóch różnych kobiet. Z zainteresowaniem śledzi się i ich codzienne życie, pracę, obowiązki, drobne przyjemności, jak i burzliwe życie wewnętrzne, skomplikowane relacje między sobą i z otoczeniem, które nie akceptuje homoseksualizmu. W oczach „uczciwych i praworządnych” obywateli to zboczenie, grzech i sianie zgorszenia, coś tak plugawego i niewyobrażalnego, że trzeba to zdusić w zarodku. Właśnie te histeryczne reakcje, głównie narzeczonego Therese i męża Carol, zderzają się z naturalnością więzi, jaka stopniowo rozwija się między kobietami.
Pani Highsmith jawi się tu jako mistrzyni w tworzeniu psychologicznych portretów bohaterów, budowaniu napięcia, snuciu historii, która jest piękna, wzruszająca i niepokojąca.
Momentami proza ta przypominała mi sposób narracji, jakim w swoich opowiadaniach posługuje się Alice Munro. Jeśli ktoś lubi i ceni takie klimaty, również powieść „Carol” powinna przypaść mu do gustu.
Polecam ją jednak wszystkim, gdyż to ujmująca i wciągająca lektura, która urzeka i treścią, i stylem.
BEATA IGIELSKA

