Książka Marty Strzeleckiej „Ziemianki. Co panie z dworów łączyło z chłopkami” ukazała się ponad dwa lata temu, ale wciąż toczą się wokół niej dyskusje i rozmowy, w których najczęściej porównuje się tę publikację z „Chłopkami” Joanny Kuciel-Frydryszak.
Tematyka podobna, chociaż nie taka sama.
Przyznam, że „Chłopki” czytało mi się dużo lepiej i z większym zainteresowaniem, bo są po prostu lepiej napisane – i pod względem warsztatowym, i językowym.
„Ziemianki” to książkowy debiut, chociaż nie pierwsza publikacja pani Strzeleckiej.
Staram się jednak tych dwóch książek nie porównywać i nie wieszać psów na autorce „Ziemianek”, która przedstawiła tytułowe bohaterki w ich codziennych rolach oraz – jak wskazuje podtytuł – w relacjach z chłopkami.
Ciekawe są opisy życia w ziemiańskich dworach i roli, a raczej miejsca kobiet w patriarchalnej społeczności. Przyznam jednak, że niczego nowego się nie dowiedziałam, ale w tej kwestii autorka wywiązała się z zadania.
Nieco nużące mogą wydawać się obszerne (i – niestety – powtarzające się) fragmenty na temat szkół prowadzonych przez ziemianki dla dziewcząt i młodych kobiet z gminu. Ubarwiają to fragmenty listów i różnych relacji oraz artykułów z dawnej prasy.
Jest jeszcze jedna sprawa, o której warto wspomnieć – to bibliografia, która okazała się bronią obosieczną.
Autorka skorzystała z różnorodnych źródeł, nieraz mało znanych i interesujących, ale jednocześnie bardzo często je cytuje i przywołuje, przez co książka sprawia wrażenie odtwórcze.
Plusem są archiwalne zdjęcia, które przyciągają uwagę i z którymi nieraz wiążą się anegdoty.
Czy polecam „Ziemianki”?
Tak, uważam, że warto przeczytać tę książkę, mimo iż nie rzuca ona na kolana. Daje jednak do myślenia. To, czy i na ile okaże się odkrywcza, w dużej mierze zależy od wiedzy czytelnika.
BEATA IGIELSKA

