Powrót na Zielone Wzgórze

„Maryla z Zielonego Wzgórza” to właściwie nie kontynuacja, a prequel cyklu powieści Lucy Maud Montgomery, gdyż opisuje życie panny Cuthbert od dzieciństwa do dojrzałego wieku, ale jeszcze zanim do jej domu trafiła Ania.

Sarah McCoy zaznacza w posłowiu, że – pisząc tę powieść – nie zamierzała porównywać się z kanadyjską pisarką. To raczej złożony jej hołd i próba przelania na papier pomysłu, który może spodobać się miłośniczkom i miłośnikom opowieści o Ani z Zielonego Wzgórza. Jak się okazało – próba bardzo udana, gdyż proza utrzymana jest w podobnym klimacie, ale jednocześnie nie jest naśladowcza.

Czytałam „Marylę…” niespiesznie chyba od kilku tygodni – przed snem, po kilkanaście stron, by dłużej cieszyć się lekturą. Wczoraj jednak nie wytrzymałam, tak zżerała mnie ciekawość, i pochłonęłam ostatnie 120 stron jednym tchem. A to na pewno dobrze świadczy o powieści.

Z zainteresowaniem śledzi się perypetie Maryli, od wczesnego dzieciństwa, poprzez okres bycia podlotkiem, a potem młodą i wreszcie coraz starszą kobietą.

Dowiadujemy się między innymi, dlaczego i ona, i jej brat nigdy nie założyli własnych rodzin. I jak to się stało, że wspólnie gospodarowali na tytułowej posiadłości.

Ciekawy jest w książce wątek związany z niewolnictwem panującym w Stanach Zjednoczonych. Co ma on wspólnego z mieszkańcami Wyspy Księcia Edwarda? Tego, oczywiście, nie zdradzę. Dodam tylko, że właśnie te wydarzenia sprawiły, iż nie mogłam oderwać się wczoraj od lektury i odłożyłam książkę dopiero po przeczytaniu ostatniej strony.

Ujmująca jest panująca w powieści Sarah McCoy atmosfera, bardzo przypominająca klimat serii o Ani. Powaga łączy się tu z subtelnym, inteligentnym poczuciem humoru, a małe radości dnia codziennego przeplatają się ze smutkami, a nawet rodzinnymi tragediami.

Plusem jest też satyryczny rys – gdy autorka w krzywym zwierciadle pokazuje niektóre sąsiadki i ich wady.

„Maryla z Zielonego Wzgórza” to proza, którą czyta się lekko i przyjemnie, jednak jest w niej też miejsce na wzruszenia i refleksje.

POLECAM SZCZERZE – nie tylko tym, którzy pokochali sympatycznego rudzielca.

BEATA IGIELSKA