Fascynująca podróż po świecie sztuki

Książka ukazała się 25 lutego nakładem Wydawnictwo Literackie .

„Grom z jasnego nieba” Laury Cumming to światowy bestseller i wielka gratka dla wszystkich, którzy kochają sztukę oraz literaturę.

Miałam sobie dozować lekturę tej książki, by móc jak najdłużej cieszyć się nią, ale nie udało się – przeczytałam w niespełna trzy dni. I była to prawdziwa uczta duchowa!

Wiem jednak, że na pewno będę do tej niezwykłej opowieści wracać, bo autorka bardzo mnie zaintrygowała i zaciekawiła, a także pokazała obrazy, których dotychczas nie znałam.

Punktem centralnym (i punktem wyjścia) „Gromu z jasnego nieba” jest obraz „Szczygieł” Carela Fabritiusa, spopularyzowany w kulturze dzięki powieści Donny Tart.

Laura Cumming przybliża nas sylwetkę jego autora – holenderskiego malarza, który jest powszechnie mało znany, i – podobnie jak wielu współczesnych mu artystów – tak naprawdę został odkryty dopiero po wielu latach.

Fabritius zginął w wybuchy prochowni, który w 1654 roku zniszczył część Delft i pochłonął wiele ofiar.

Ta tragedia od razu rodzi pytania o to, co mogłoby stać się, gdyby malarz dożył sędziwego wieku… Ile i jakich obrazów mogłoby powstać?

To intryguje tym bardziej, że o autorze „Szczygła” zachowało się niewiele informacji, a odkrywanie ich przypominało drobiazgowo prowadzone śledztwo. Zachowało się zaledwie 12 prac, chociaż wiadomo z różnych źródeł, iż powstało ich znacznie więcej.

Laura Cumming opisuje nie tylko prace Fabritiusa, ale i innych malarzy złotego wieku w malarstwie holenderskim (np. Pietera de Hoocha, Meinderta Hobbemy, Adriena Coorte’a, Jana van Goyena, Rembrandta, Vermeera). Nieco miejsca poświęca także malarkom – Marii van Oosterwijck i Rachel Ruysch, podkreślając, że kobiety-artystki nie należały wówczas do rzadkości.

Niezwykłe jest to, że autorka książki, opisując dzieła sztuki, sama niemal maluje słowem – jej opisy, refleksje, konteksty i dygresje są tak plastyczne, że oddziałują na wszystkie zmysły odbiorcy.

W ciekawy sposób pani Cumming dzieli się własnymi odczuciami estetycznymi, nieraz odwołując się nawet do wspomnień z dzieciństwa, a jednocześnie „uczy jak czytać malarstwo”. To nieprzypadkowe określenie. Można się zżymać, czy obcowania ze sztuką trzeba się uczyć, czy należy odbierać ją sercem i duszą…

Moim zdaniem można łączyć jedno z drugim, jednak konkretne wiedza na pewno bardzo ułatwia interpretację. Podobnie przecież rzecz ma się z literaturą, zwłaszcza poezją czy klasyką.

Bardzo ciekawe są rozdziały poświęcone rodzinie autorki, zwłaszcza ojcu, który także był malarzem. Miało to wielki wpływ na kształtowanie się zainteresowań i wrażliwości córki.

Dużą zaletą tej pięknie wydanej książki są liczne barwne reprodukcje. Czytając o opisywanych obrazach, możemy cały czas mieć je przed oczyma, chociaż autorka wiele razu podkreśla, że nic nie zastąpi bezpośredniego obcowania ze sztuką na żywo. W tym kontekście bardzo pozytywnie pisarka wypowiada się o brytyjskich muzeach narodowych, do których wstęp jest darmowy.

„Grom z jasnego nieba” to opowieść barwna jak opisywane obrazy, pełna wrażliwości, wnikliwości, ciekawostek i anegdot, a także różnych teorii (na przykład na temat zaginionych dzieł sztuki). To także jedyna w swoim rodzaju podróż po siedemnastowiecznej Holandii, w której sztuka była niezwykle powszechna, a jej twórcy poważani, ale też często niedoceniani. Niejeden z nich zmarł w biedzie, chociaż trzeba przyznać, że nieraz było to efektem rozrzutnego trybu życia, nietrafionych inwestycji albo innego zrządzenia losu.

Laura Cumming z pasją opowiada i o sztuce, i o codziennym życiu Holendrów przed wiekami. Całość napisana jest z wielką znajomością tematu, błyskotliwie, erudycyjnie, ale lekko, przystępnie, interesująco – to wszystko sprawia, że czyta się tę książkę z zapartym tchem.

Jeśli miałabym porównać „Grom z jasnego nieba” do jakiejś książki, to byłyby to „Oczy Mony” Thomasa Schlessera. W tym przypadku to powieść, jednak sposób opisywania obrazów i opowiadania o sztuce i jej odbiorze jest zbliżone.

POLECAM SZCZERZE!

BEATA IGIELSKA