„Przez trudy do gwiazd” to nowa powieść Anny Rybakiewicz. Niedawno wspominałam o niej na gorąco, gdy poznałam ją w formie audiobooka w rewelacyjnej interpretacji Agnieszki Postrzygacz.
Akcja płynie w książce dwutorowo.
W 1990 roku Anastazja doznaje udaru i traci pamięć. Okazuje się, że nie ma ona nikogo bliskiego i jedyną zajmującą się nią systematycznie osobą jest sąsiad. Leon jest troskliwy i bardzo dba o kobietę, przy okazji poznając ją ze swoimi dziećmi.
Próbą odzyskania pamięci przez Anastazję okazuje się czytanie jej dziennika, który zaczęła prowadzić, będąc dziewczyną. Problem w tym, że kobieta po udarze straciła także umiejętność rozpoznawania i łączenie w wyrazy liter, więc z treścią zapisków zapoznaje ją Leon. Szybko okazuje się, że wiele treści wprawia ich autorkę w zakłopotanie albo zadziwia, ale powolutku zaczynają wracać jakieś migawki – z bardzo odległej przeszłości…
W roku 1940 nastoletnia Anastazja wraz z matką i siostrami zostaje zesłana w głąb sowieckiej Rosji. Do tego samego wagonu trafiają synowie zazdrosnych sąsiadów, którzy złożyli donos na rodzinę dziewczyny. Jeden z nich to właśnie …Leon, który niejednokrotnie dawał się Anastazji we znaki w szkole.
Czy wspólna tułaczka i gehenna zbliży do siebie bohaterów, czy raczej pogłębi wzajemną niechęć? I jak potoczą się losy zesłańców na nieludzkiej ziemi?
Te pytania przeplatają się z wątpliwościami dotyczącymi bieżących wydarzeń. Dlaczego Anastazja nie ma nikogo bliskiego? Jaką była wcześniej kobietą? Chyba nie mogło być aż tak źle, skoro doskonale pamiętają ją i ciepło wspominają byli uczniowie…
Pytań jest tu dużo, ale na ostateczne odpowiedzi trzeba poczekać. Niektóre zagadki udało mi się dość szybko rozwiązać, ale przyznam, że w pewnej kwestii niepewność towarzyszyła mi niemal do końca.
Powieść jest ciekawa i bardzo dobrze skonstruowana. Widać, że autorka zna historię, nie romantyzuje wojennych miłości i nie lukruje losów zesłańców, jednak czasami odnosiłam wrażenie, jakby pewne wydarzenia zostały uproszczone. Z drugiej strony jednak nie znoszę, gdy historia jest w beletrystyce wykładana łopatologicznie, co nieraz dzieje się w tego typu powieściach obyczajowych, których akcja rozgrywa się podczas wojny. Bo sięgając po taką literaturę, wychodzę z założenia, że każdy powinien orientować się i w polskiej, i w powszechnej historii przynajmniej na poziomie licealnym.
Plusem powieści jest nieprzewidywalna akcja – dotyczy to zwłaszcza okresu zesłania i powojennych trudów. Tak jak w życiu i w rzeczywistości, wydarzyć wówczas mogło się wszystko, a o wielu zdarzeniach nieraz decydował przypadek.
Ciekawe są portrety postaci, nie tylko pierwszoplanowych. Bardzo ujęła mnie swoją moralną postawą matka Anastazji, co widoczne jest zwłaszcza podczas koszmarnej podróży w nieznane.
Interesującym, chociaż nie nowatorskim, pomysłem jest odkrywanie prawdy o przeszłości bohaterki dzięki jej zapiskom. Jedyne, co mnie tu nieco raziło, to fakt, że pamiętnik prowadzony przez nastolatkę napisany został takim samym stylem jak narracja całej powieści. Nie wypadło to przekonująco, ale nie popsuło mi lektury.
Z trzech powieści Anny Rybakiewicz, jakie przeczytałam, ta na pewno jest najlepsza. I polecam ją, bo czyta się szybko, ale i refleksyjnie.
Ważną rolę odgrywa tu motyw pamięci, który nie odnosi się tylko do życiowej sytuacji bohaterki. I cudu niepamięci – o którym śpiewa w książce Stanisław Sojka.
BEATA IGIELSKA

