„Bilard o wpół do dziesiątej” Heinricha Theodora Bölla nie jest powieścią lekką, łatwą i przyjemną, jednak ma w sobie jakąś magnetyczną moc, która sprawia, że trudno oderwać się od lektury, nawet wówczas, gdy wydaje się ona przytłaczająca.
Początek zapowiada się całkiem zwyczajnie i można odnieść wrażenie, że po prostu poznamy codzienne życie pewnej rodziny. Dość szybko jednak przekonujemy się, że ojciec i syn są nie tylko utalentowanymi i utytułowanymi architektami. Najpierw poznajemy ich przyzwyczajenia, nieraz graniczące z dziwactwami lub będące nimi, potem zaczynają dręczyć nas niedopowiedzenia związane z przeszłością rodziny, jej nieżyjącymi członkami, zadawnionymi sporami, przykrymi wspomnieniami z dzieciństwa i młodości.
Poszczególne etapy życia bohaterów wyłaniają się stopniowo z ich opowieści. Przeszłość wspomina senior rodu, który w 1958 roku kończy osiemdziesiąt lat i ma za sobą wiele burzliwych przeżyć. Liczne reminiscencje dręczą także jego syna, który wciąż nie może zapomnieć swojego udziału w drugiej wojnie światowej, jak często podkreśla – stojącego w sprzeczności z własnym powołaniem i zawodem.
Właśnie te bolesne i nieraz nieco enigmatyczne wspomnienia są rozliczeniem się przez bohaterów z wojenną przeszłością i z rozwijającym się wcześniej nazizmem.
Nie zawsze ojciec i syn mówią wprost o tym, co przeżyli, co spotkało ich rodzinę, sąsiadów i znajomych. Język, jakim się posługują, jest niezwykle bogaty, plastyczny, ale też pełen aluzji i podtekstów (przykładem może być często wspominane „skosztowanie sakramentu bawoła”).
„Bilard…” to literackie oskarżenie wymierzone nie tylko w polityków i przywódców, w tych, którzy wojnę wywołali. To również wielki kamień rzucony do ogródka zwykłych ludzi, którzy pod wpływem emocji, głupoty, wygody czy strachu ulegali nazistowskiej propagandzie i wcielali w życie jej hasła.
Warto zmierzyć się z prozą Bölla, gdyż podejmuje ona ważkie i ponadczasowe tematy. Pozostawia też po sobie niezapomniane wrażenie.
POLECAM SZCZERZE !!!

