POLSKA ROBINSONADA

•

Niedawno ukazała się nowa powieść Macieja Płazy – „Kasperl i Margit”. Czytam ją i już po lekturze kilkunastu stron mogłam stwierdzić, że to niesamowita proza!

Przy okazji tej nowości przypomniałam sobie inną książkę pisarza, która kilka lat temu zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a jeszcze tu o niej nie pisałam.

To „Robinson w Bolechowie” – powieść oryginalna, nietuzinkowa, wymagająca od czytelnika skupienia i zaangażowania, ale odwdzięczająca się gamą emocji i intrygującą treścią.

Całość tworzy sagę, której początek przypada na ostatnie chwile przed wybuchem II wojny światowej. Hrabia z Bolechowa — właściciel pałacu oraz cennej kolekcji dzieł sztuki — postanawia ukryć swoje najcenniejsze zbiory, aby ocalić je przed okupantem. Po jego tragicznej śmierci z rąk niemieckiego żołnierza opiekę nad skarbami przejmuje pałacowy ogrodnik.

Po latach do rodzinnej miejscowości wraca Robert — uznany malarz, który próbuje zmierzyć się ze wspomnieniami i rozwikłać tajemnice związane z własną przeszłością. Atmosfera wojennego chaosu, powojennej biedy i nieustannej tułaczki staje się tłem dla stopniowo odkrywanej historii dwóch rodzin: Roberta oraz miejscowego kamieniarza skrywającego wiele sekretów.

Fabuła odznacza się różnymi niedopowiedzeniami, tajemnicami sprzed lat, które – niczym rozsypane puzzle – trzeba powoli poskładać w całość. Nie da się tego zrobić szybko, mimo iż chciałoby się wiedzieć jak najwięcej o bohaterach.

Czytelnik po prostu musi uzbroić się w cierpliwość, umieć połączyć pozornie odległe wątki, co nie zawsze jest łatwe, gdyż akcja nie płynie linearnie, a autor dodatkowo komplikuje odbiór, wprowadzając różnych narratorów.
Przyznam, że początkowo nieco mnie to irytowało, zwłaszcza, że zamiast konkretnych imion najczęściej mamy najpierw po prostu zaimki. To rola odbiorcy, by wejść w rolę proponowaną przez autora i włączyć się do jego gry.
Udało mi się to dopiero po przeczytaniu około 80 stron, ale nie żałuję wysiłku, gdyż lektura „Robinsona w Bolechowie” była dla mnie ucztą duchową.

Zachwyciły mnie styl i język, spiętrzona składnia, bogactwo i plastyczność opisów oraz ich sugestywny charakter.

Jest co podziwiać, jest co przeżywać i jest o czym myśleć.
Na pewno nie jest to lektura spod znaku lekkich, łatwych i przyjemnych, ale warto się z nią zmierzyć.

BEATA IGIELSKA